Pamiętam, jak w mieszkaniu mojej babci grzało się w zimę w starych, kaflowych piecach. To była stara, porządna kamienica. Wysokie sufity, przestronne pokoje. Teraz już tak nie budują. Oczywiście powierzchnia spora do ogrzania. Jednak piece kaflowe spełniały bardzo dobrze swoje zadanie. Pamiętam, że były bardzo pięknie zdobione. Nie wszystkie kafle były takie ale kilka miało trójwymiarowe kształty. Jeden piec stał w jednym pokoju, drugi w drugim. W zasadzie był on połączony, u szczytu na pewno miał jedno ujście kominowe. Babcia rano wyjmowała rozpałkę, szykowała trochę węgla, drzewa i rozpalała oba piece. To była dla mnie duża frajda. Ja oczywiście mogłem się tylko temu przyglądać, ale z chęcią sam bym podpalił podpałkę i rozpalił piec. Po jakimś czasie robiło się przytulnie ciepło. Oczywiście piece potrzebowały czasu, by nagrzać spore pomieszczenia, ale potem było tak miło. I można było się przytulić do ciepłego pieca. A kaloryfer jest takim bezdusznym zbiornikiem na wodę.